OPOWIEŚCI, OPOWIADANIA, WSPOMNIENIA

ciekawe, lub nie, ale zawsze prawdziwe (kto to tak mówił? – Radio Wolna Europa).

 

Lata dziecięce. Mój pobyt w Sułoszowie.

 

 

WODA

 

 

Babcia kazała mi nieraz uważać na wodę! Przestrzegała przed wodą. Skąd takie uprzedzenie? Trzeba to przemyśleć. Każdy skutek wywołują jakieś przyczyny.

Teraz, po latach jako dorosły, stary nawet człowiek inaczej patrzę na to, o mi przekazywali przodkowie.

Do studni było daleko. Wiadra z wodą należało nosić na nosidłach, zwanych też „klubami”, których środkowa część, wystrugana z drewna, dopasowana była do ramion, barków i szyi noszącego; wiadra wieszało się na hakach zawieszonych na łańcuszkach, czy konopnych linkach zamocowanych do końców drewna.

A studnia – głęboka. Mówiono, że to czterdzieści metrów. Albo więcej.

Studnia – wspólna, służyła mieszkańcom wielu gospodarstw i domostw. Ludzie dbali o to źródło wody. Konserwatorem studni był Paweł Krawiec, mieszkający nieopodal. Co jakiś czas zjeżdżał do studni! Chłopcy z przejęciem mówili o takiej wyprawie, wymagającej współuczestnictwa kilku ludzi.

„Nasza” studnia była solidną konstrukcją. Porządna betonowa cembrowina, przechodząca w szyb wykuty w skale, w którego mroku niknęły łańcuchy z pojemnikami na wodę. Łańcuch opasany był kilku zwojami na wale kołowrotu, wykonanym z litego pnia drewna, okutego na brzegach obręczami kowalskiej roboty, rzetelnie nitowanymi. Wał był z obu stron zaopatrzony w przeciwlegle ustawione korby; ich osie zamocowane w solidnych łożyskach z grubej blachy na pionowych kantówkach, zamocowanych do cembrowiny, której góra wyłożona była deskami. Stały na nich dwa czerpaki z blachy ocynkowanej, kształtem przypominające kufel, tyle, że taki dwulitrowy.

Wobec perspektywy wpadnięcia do studni, zamocowano je do drewnianych podstaw wału łańcuszkami. Do tych samych kantówek zamocowane były solidne łańcuchy, zaopatrzone na końcach w haki; służyły do unieruchomienia jednej lub drugiej korby – aby można było wybierać wodę z wyciągniętego ze studni „wiadra”. Naczynia te stanowiły masywne, solidnie okute stalowe beczki, zawieszone na porządnych kabłąkach na obu końcach łańcucha.

Anna i Jan Katarzyńscy. lato 1949(?)

Wiosna 1948 Autor – W. Pietrow; w tle przygotowywanie przez Dziadka i Babcię ziemniaków do sadzenia.

Ciężary ich wzajemnie się równoważyły, podobnie jak ciężar ponad pięćdziesięciometrowego  jednolitego łańcucha – do wyciągnięcia ze studni pozostawała zawartość beczki – jakieś 50 litrów wody. Beczki musiały być solidne, aby się nie uszkodziły przy uderzeniu o ściany szybu studni, no i by bez problemu zanurzały się w wodzie – bez udziału człowieka, niemożliwego przy takiej głębokości studni i do tego po omacku.

Bo studnia była pokryta szerokim, dwuspadowym dachem, wzniesionym na czterech słupach, z drewnianej kantówki. W studni było ciemno, nie widać było niczego poza kilku metrami łańcucha, czy wyłaniającej się z mroku beki z wodą. Ale dach chronił przed deszczem, i wylot studni, i osoby czerpiące wodę. Wyciągnięcie wody i przelanie do własnych naczyń trwało przecież kilka minut. „Ciągnięcie wody” polegało na kręceniu korbą i wyciąganiu tej beczki, która zanurzona była w wodzie, równocześnie opróżniona beczka zagłębiała się stopniowo od wylotu studni. Strefa wału, owinięta jakimiś ośmioma zwojami łańcucha, w miarę podnoszenia beczki wypełnionej wodą, przesuwała się wzdłuż jego osi, pokonując całą jego długość, około 2 metrów. Ponieważ średnica wału wynosiła ok. 30 cm, zatem obwód ponad 0,9 metra, rozmiar łańcucha ~3 cm, to na długości 1,5 m „przewędrowywało” każdorazowo 50 zwojów (obwodów) nawiniętego łańcucha. Potwierdza to głębokość studni, powyżej 40 metrów.

Kręcić korbą trzeba było umiejętnie. Bo nierozważnie puszczona, mogła się wraz z wałem rozbiegać, uderzyć nieostrożnego człowieka, pełna beczka wpaść z impetem do wody, a pusta pędząca do góry „wyfrunąć” siłą bezwładności. Energia 50 kilogramów spadających z 40 metrów to nie żarty!

W zasadzie po wodę należałoby chodzić we dwie osoby, Tak bowiem zaprojektowano wał z korbami z obu stron. I łatwiej kręcić korbami i bezpiecznie można było zaczepić hak unieruchamiający o jedną z nich. I jeszcze jedno: gdy beczki mijały się w połowie swej drogi, należało uważać, by się nie zderzyły, co oznaczało wylanie części wody!

Pomagałem jak umiałem, a nie zawsze umiałem! Po latach Staszek przypomniał mi, jak kiedyś w zimie przewróciłem Babcię niosącą wodę – parę metrów przed domem, już za furtką, na wznoszącej się dróżce, jak to w zimie – zaśnieżonej i oblodzonej. Widząc wahanie się niosącej wodę, postanowiłem jej pomóc i popchnąłem w kierunku podwórka. Było to obok dużego, później ściętego jesiona, rosnącego tuż przy płocie dzielącym nas od Krawców. A zima byłą tęga, wylana woda zamarzła i zrobiło się naprawdę ślisko. Tak bywa z nierozsądną pomocą!

Ano woda..

Babcia ostrzegała mnie często, by nie patrzeć w głąb studni; podobnie nie należało wpatrywać się z mostu w płynącą pod nim rzekę. Bo się może w głowie zawrócić, bo widok płynącej wody może pociągać człowieka do tego stopnia, że bezwolnie do niej skoczy. Co do patrzenia w głąb studni, to miałem natychmiast wątpliwości, ciemność i wilgoć wyczuwalna u wylotu działały zdecydowanie odpychająco. Ale babcia sprostowała, że owszem, ta studnie jest głęboka, ale są i płytkie; szczególnie nie należy wpatrywać się we własne odbicie w studziennej wodzie, w czym celują młode dziewczęta.

W tych przestrogach nie było ani cienia zabobonu, czy pierwiastków magicznych, Babcia była osobą bardzo wierzącą i praktykującą. Teraz, z perspektywy czasu oceniam te przestrogi jako wyraz lęku przed żywiołem i szacunku dla wody. Pamiętać należy, że Dziadek Katarzyński lata całe pracował pod ziemią, „na dole”, jak mówią górnicy. I tam walczył również z wodą. Ale to dłuższa historia!

Obraz „Krzyk” Edwarda Muncha, którego kopię ujrzałem znacznie później, w czasach studenckich nieodparcie mi się kojarzy z przestrogami Babci i strachem przed wodą.

Kolejna studnia była, oceniam „na oko”, jakieś 400 metrów dalej, w stronę Olkusza. Przechodziłem obok niej w drodze do szkoły, dlatego pamiętam gdzie się znajdowała. Tylko skala wielkości, od czasów dzieciństwa do teraz – bardzo się zmniejszyła. Obecnie to, co pamiętam jako odległe, szerokie, duże – okazuje się tak bliskie, małe…

Poszukując po półwieczu gospodarstwa Staszka Krawca – w drodze powrotnej z Gliwic, nie autostradą, lecz specjalnie przez Dąbrowę Górniczą, Sławków, Olkusz – pewno bym nie odnalazł tego doskonale zapamiętanego kawałka mego dzieciństwa, gdybym już spod Olkusza nie zadzwonił do państwa Krawców. I gdyby nie wyszła córka i syn ku drodze. A to przecież dawny sąsiad Dziadka „przez płot”. To nie ten Krawiec „od studni”; Paweł Krawiec mieszkał kilka domów dalej. Wioska się bardzo zmieniła, jest cała masa nowych budynków, a stare chałupy – tylko gdzieniegdzie.

Ukształtowanie terenu jednak się nie zmieniło.

To wapienna Jura Krakowsko – Częstochowska, pełno wokół skał i skałek, wyzierających spod czwartorzędowych utworów powierzchniowych, jak mówią o glebie geolodzy. I zapadliska, szczególnie widoczne i kiedyś i teraz – zwłaszcza w III i I dziale. Bo klasyczna „ulicówka”, blisko dziesięciokilometrowej długości wioska, dla celów administracyjno – adresowych podzielona została na trzy działy. Numerowane od strony Krakowa i Ojcowa; podobnie jak poszczególne gospodarstwa. Dziadkowie Katarzyńscy mieszkali w II dziale, pod numerem bodajże 274, blisko granicy z trzecim, w którym w roku 1953 mieściła się szkoła. Staszek Krawiec do dziś mieszka pod numerem 272.

Wapienie jurajskie, spękane, pełne szczelin i pustych przestrzeni, chłoną wodę jak gąbka, w tajemne podziemia, by potem ją wyprowadzić, choćby jak w Sułoszowej, poniżej kościoła, w wywierzyskach źródeł Prądnika. Na polu państwa Krawców, ciągnącym się wąskim pasem w kierunku wioski Przeginia, w łagodnej niecce, za grzbietem ciągnącym się równolegle do drogi, był lej krasowy, zbierający wodę opadową w czasie ulewnych deszczów. Na brzegu tego zagłębienia o regularnym kształcie odwróconego stożka rosło drzewo, czy kilka drzew, szczegółów nie pamiętam. Ale pamiętam, że rosło tam mnóstwo szczawiu, który z Babcią zbieraliśmy czasem na zupę. Smak tej zupy, zaprawionej własną śmietaną, z łazankami domowej roboty do dziś pamiętam – a zupa szczawiowa najbardziej mi smakuje właśnie z makaronem!

I przed wejściem w głąb tego stożka także Babcia mnie ostrzegała. Byłem bardzo ciekaw świata, więc wciąż się pytałem: „Dlaczego?” Podziwiam cierpliwość dziadków, no i ich wiedzę, bo na te pytania zawsze uzyskiwałem odpowiedź.

W tym konkretnym przypadku niewiele pamiętam, poza sugestią Babci, że w tym leju jest coś nieznanego, ale groźnego. Że stamtąd nie da się wyjść. W każdym razie i koledzy szkolni, wśród nich wiejskie wisusy, skłonni do najróżniejszych psikusów – z rezerwą i szacunkiem traktowali takie zakamarki krasowe. Nie próbowali tam wchodzić. Coś w tym było…

Niedawno pytałem Staszka o ten lej. Już go nie ma! Został zasypany śmieciami i zrównany z otoczeniem.

 

Tak więc o wodę było trudno. Poza studnią, wymagającą przecież znacznego wysiłku dla uzyskania paru wiader i przyniesienia ich do domu – były jeszcze dwa inne źródła wody. Właściwie to było jedno: deszcz. Bo obok drogi utworzono stawy, zasilane wodą opadową, przeznaczone głównie do pojenia zwierząt gospodarskich: krów, owiec czy kóz. Konie – to arystokracja – wodę ze stawu piły bardzo niechętnie, albo wcale. Jakość tej cieczy z pewnością nie spełniała żadnych norm, o co zadbały kaczki i gęsi taplające się w stawach, ale także ludziska, wyrzucający ukradkiem stare rupiecie do wody. Latem, w czasie upałów, chłopcy kąpali się w stawach, czasem raniąc się dotkliwie resztkami wiader, garnków i innego, nieprzydatnego złomu.

Wszystkie domowe śmieci były zagospodarowywane, kompostowane, spalane w piecach a dopiero absolutnie nieprzydatne rupiecie i złom zbierali wozacy – handlarze, jeżdżący parę razy w roku, w zamian dostarczając mieszkańcom różne przydatne sprzęty i narzędzia, czasem też i dekoracyjną pasmanterię dla pań. Dla mnie, mieszczucha, taka furmanka była czymś nowym, w głębi duszy uważałem taki obwoźny handel za synonim dziadostwa.

Deszcz, spadający na dachy, zbierany był przez rynny, stanowiąc źródło wody, głównie do prania i kąpieli. Ta woda, pachnąca nieco smołą, bo dach był kryty papą, gromadzona była, po spłukaniu z dachu pyłu i zebranych tam śmieci przez pierwszą falę deszczu w stągwi – takim „fasonowym” naczyniu emaliowanym, o znacznej pojemności. Oficjalnie podówczas „stągiew” oznaczało miarę ilości, około 200 litrów. Była to rezerwa wody; gdy dłużej nie padało, to trzeba było przynosić wodę ze studni.

 

ŚWIATŁO

 

Dla mnie, przyzwyczajonego do wody z wodociągu, do kanalizacji, brukowanych ulic i chodników, elektryczności, życie w Sułoszowie było egzotyką. A los tak zrządził, że do piątej klasy szkoły chodziłem właśnie w Sułoszowie, mieszkając u Dziadków. Wieczorami, a te w późną jesienią i w zimie szybko zapadały, we wsi ciemno było choć oko wykol. Gdzieniegdzie widać było okna, rozświetlone stosowanymi wówczas lampami naftowymi. Czasem za oknem migotały, jeszcze ciemniejsze, płomyki świec. Stopniowo wszystko gasło, bo ludzie wcześnie szli spać.

Dziadek był w innej sytuacji – posiadał górnicze karbidówki, lampy dające jasny płomień, przy którym można było bez wysiłku poczytać książkę czy gazetę. Bo u Katarzyńskich było co poczytać. I czytało się w każdej wolnej chwili. Przynajmniej ja, bo wolnych chwil miałem znacznie więcej, niż dziadkowie.

Poza tym w użyciu była latarka elektryczna, na baterię płaską, którą trzymano w ciepłym i suchym miejscu – na gzymsie, zwieńczającym piec kuchenny. Było to podówczas jedyne urządzenie elektryczne w okolicy, bo wioska była niezelektryfikowana. Latarka służyła głównie do wieczornych wypraw do „sławojki”, czy obory, gdyby działo się coś niepokojącego z krową czy wieprzkiem.

Przed wojną państwo Katarzyńscy mieli radio – lampowe, zasilane z akumulatora, który ładowano w Olkuszu oraz baterii anodowych, jednorazowych. Jesienią 1939 roku okupant zabronił posiadania odbiorników radiowych, więc radio zostało zdemontowane i schowane przed Niemcami tak skutecznie, że go już po wojnie nie znaleziono! Po latach chyba udało mi się wyjaśnić tajemnicze zniknięcie radia, ale o tym napiszę w innym miejscu.

Tak więc podstawowym źródłem światła u Dziadków była karbidówka. Posiadana, duża, stylowa lampa naftowa, z seledynowym kloszem i długim szklanym kominkiem, stojąca w nieużywanym pokoju – stanowiła rezerwę.

Przy okazji zapoznałem się szczegółowo z budową i działaniem lampy karbidowej. To prosta, lecz doskonale przemyślana konstrukcja. Karbid do lamp przechowywany był w dużej, hermetycznej metalowej puszce, z zamknięciem identycznym z takim, jakie mają współczesne puszki z lakierami! To „ciężka” substancja, w trzylitrowej „na oko” puszce było tych sinopopielatych kamieni chyba z pięć kilo. Na wszelki wypadek karbid trzymano poza domem, w stodole. No i charakterystyczny zapach związków fosforu zawartych w acetylenie pamiętam do dziś.

Palnik karbidówki – to precyzyjne dzieło ówczesnej techniki. Po raz pierwszy zetknąłem się z gwintem stożkowym, nie wymagającym żadnej uszczelki. Na taki gwint był wkręcany od góry palnik do swego gniazda, znajdującego się na końcu trzycentymetrowej rurki, z boku lampy.

Dla osiągnięcia dużej powierzchni świecącego jasnym światłem płomienia palnik miał dwie dysze, skierowane pod kątem ku sobie, uchodzące do zagłębienia u góry palnika, stanowiącego rodzaj krateru. Nie wiem, z czego zrobiono tę końcówkę palnika, czy to była jakaś szlachetna stal, czy materiał ceramiczny. Dysze miały małe otworki, na oko o średnicy 0,2 ÷ 0,4 mm. Wyloty były tak umieszczone, że zapalony acetylen palił się płaskim, elipsoidalnym płomieniem, o dużej powierzchni z każdej z obu stron. Kształt płomienia przypominał elipsę, zniekształconą w górnej części. Mądrość tego palnika polegała na tym, że taki płaski płomień był intensywnie chłodzony przez otaczające powietrze,  nie osiągając zbyt wysokiej temperatury, za to węgiel z acetylenu palił się dając charakterystycznie silne światło.

Tylko, że co jakiś czas należało przeczyścić cienkim stalowym drucikiem otworki w dyszach. Wytwarzanie acetylenu było proste: w dolnej „połówce” zaopatrzonej w rurkę do wkręcenia palnika umieszczało się nieco karbidu (tak 100 ÷ 200 g), a do górnej, będącej de facto zbiornikiem wody i posiadającej w dnie zawór iglicowy, sterowany pokrętłem wyprowadzonym na górę zbiorniczka, obok otworu do wlewania wody – przez ten otwór wlewało się szklankę wody. Obie połówki przedzielała gumowa uszczelka, rodzaj o-ringa, a całość była połączona i ściśnięta śrubą, wkręconą w kabłąk zamocowany do naczynia na karbid. W wersji kopalnianej śruba zaopatrzona była w hak, służący do wieszania lampy na drewnianych obudowach podziemnych chodników.

Odkręcanie zaworu pozwalało na wypływanie kroplami wody do naczynia z karbidem, który wydzielał acetylen, sam przechodząc w wapno. Acetylen wędrował do palnika, a zapalony – świecił. Wielkość płomienia regulowano ilością wody przepuszczanej przez zawór.  Płomień, a ściślej jego wielkość stabilizowana była dodatkowo poprzez hamowanie wypływu wody w przypadku wzrostu ciśnienia acetylenu; wówczas wydzielało się go mniej, ciśnienie spadało, wówczas woda dostawała się do karbidu – i tak automatycznie „w koło Macieju”.

Światło karbidówki przewyższało, tak natężeniem, jak i barwą świecenie świec oraz lamp naftowych. Było silniejsze i miało bardziej niebieskawy odcień.

Jeszcze inne światło dawały lampy gazowe, z siatką Auera. Ale to inna historia…

Oświetlenie karbidowe mieli pewnie i inni mieszkańcy Sułoszowy. Można się było o tym przekonać przy okazji fajerwerków świętojańskich. Latem, w noc św. Jana urządzano rozmaite widowiska świetlne. Celowała w tym młodzież i starsze dzieci. W polach, kilkadziesiąt metrów od budynków. Sceneria była dobra, bo po obu stronach drogi wiodącej środkiem wsi (Sułoszowa to klasyczny przykład wioski „ulicówki”) teren wznosił się łagodnie; światła widać było z daleka. Biegano z płonącymi pochodniami, z prymitywnymi lampami – były to metalowe puszki z długim drucianym uchem, wypełnione ubitymi trocinami, nasączonymi naftą, która paliła się jasnym płomieniem. Takie puszki, kręcone na drucie, który trzymano za drugi koniec – w płaszczyźnie pionowej, poziomej, czy skośnej – gdy robiło to równocześnie kilku młodzieńców, dawały ciekawe efekty połączenia światła i ruchu, na tle nocnego nieba. Niektórzy strzelali z łuku płonącymi strzałami.

Szybki ruch płonącej nafty, stanowiącej paliwo tych źródeł światła rozpalał ogień do białości, oświetlając postaci jednodniowych „czcicieli ognia” i teren wokół nich, co miało i złe strony, bo starsi gospodarze, pamiętając o swych zabudowaniach krytych głównie strzechą, wyłapywali rozbrykanych wyrostków, gdy ci z zabawą zbliżali się do zabudowań.  Zdarzały się bowiem pożary, wywołane przez zaprószenie ognia. A kręcąc młyńca czymś, co nasączone było naftą, rozsiewano płonące krople wokół.

Środkiem przekonywania o niewłaściwości nieostrożnego obchodzenia się z ogniem był wówczas pas od spodni, aplikowany z impetem na siedzenia młodzieńców. Ta procedura była jasna i akceptowana przez obie strony, chłopaki co najwyżej, przewidując kłopot, wkładali sobie do majtek pod tyłek różnego rodzaju podkładki: od kawałka blachy (najskuteczniejszej ale i najłatwiejszej do wykrycia), aż do niewielkiej poduszki, podebranej mamie.

We wsi funkcjonowała Ochotnicza Straż Pożarna, nie widziałem jej w akcji, ale system powiadamiania o pożarach, owszem, był mi znany. Był to gong, dźwięczący głośno przy uderzaniu specjalnym stalowym bijakiem. „Gong” – to jak sądzę złamana odkładnica pługa, wygięty charakterystycznie kawał grubej blachy, zawieszony, jak i bijak, na łańcuchu przytwierdzonym do poprzeczki – haka wbitego w pień drzewa (chyba topoli), tuż przy stawie. W razie pożaru należało walić ile wlezie w blachę, co słychać było dość daleko – bo na wsi było zazwyczaj bardzo cicho. Raz tylko widziałem pożar jakiegoś budynku gospodarczego, w III dziale, spowodowany przez piorun. Padało, więc pożar się nie rozwinął, dziwił mnie wówczas sposób walki z ogniem - przez dewastację bosakami słomianego dachu.

W każdym razie w czasie burzy ludzie umieszczali w oknach święte obrazy, chyba Matki Boskiej, zaopatrzone po obu stronach w zapalone świece. Miało to zabezpieczać przed uderzeniem pioruna.

Obok efektów świetlnych, grożących pożarem, nieco wyższą umiejętnością, ba, sztuką – było strzelanie z karbidu. Do tego potrzebna była metalowa puszka, szczelnie zamykana dopasowaną pokrywką. W dnie puszki robiono otwór (przebijając gwoździem); do środka wkładało się kawałeczek karbidu, na który trzeba było napluć i szybko puszkę zamknąć. Operator umieszczał taki ładunek na podstawie, typu dwa kołki wbite w ziemię, po czym zapaloną zapałkę zbliżał do dziurki w dnie puszki. Mieszanina acetylenu z powietrzem wybuchała jasnym płomieniem, wyrzucając pokrywkę z donośnym hukiem. Czasem trudno było ją znaleźć po ciemku. Kawałek karbidu zazwyczaj pozostawał w puszce, należało napluć i… tak wielokrotnie.  Po serii wystrzałów operator wyglądał jak Murzyn, a to z powodu sadzy, która osadzała się na delikwencie, łącznie z ubraniem. Biorąc pod uwagę niedostatek wody, upaprane ubiory wywoływały reakcję matek czy starszych sióstr kawalerki, czasem do dyskusji włączał się i ojciec ze swym pasem…

Zatem karbid był osiągalny przez chłopców.

 

A niedługo potem w Sułoszowie przeżyłem elektryfikację, pojawiły się lampy elektryczne.

 

Jan Katarzyński lampę karbidową zabrał na lepszy ze światów. Prosił, by go pochować z jego górniczą lampą i laską sztygarską.

Te narzędzia pracy – a przy tym symbole statusu zawodowego, a na koniec dowód szacunku i miłości do swej profesji, z trudem zmieściły się w trumnie. Obok pracowitych rąk zmarłego. A przecież zdawało by się, że szczupły, a do tego schorowany człowiek w trumnie potrzebuje niewiele miejsca!

 

Naprawdę, tak niewiele można wziąć do grobu!

Trzeba  o tym pamiętać.

 

Lata szkolne i studenckie.

Czy to parapsychologia?

 

 

W czasie studiów czytałem w popularnej prasie technicznej, jako ciekawostkę, o ame­rykańskim (ach ten drapieżny kapitalizm!) eksperymencie. Odrzucając propagandową otoczkę, było tak: na pokładzie atomowego okrętu podwodnego „Nautilus” wywieziono na antypody (w stosunku do USA, nie wiem gdzie to było, sądzę, że gdzieś okolice Australii, Nowej Zelandii), w każdym razie bardzo daleko, małe, nowourodzone króliczki doświadczalne. Ich matka pozostała w Stanach. Okręt był w maksymalnym zanurzeniu. W wodzie morskiej, będącej niezłym przewodnikiem elektryczności.

W przypadkowych i losowanych tam, na miejscu, chwilach zabijano te biedne zwierzątka. Matka, samica, miała założone na łebek elektrody – coś jak w elektroencefolografie, a naukowcy rejestrowali przebiegi elektryczne w mózgu królicy. Po powrocie „Nautilusa” okazało się, że idealnie dokładnie w czasie, gdy umierał króliczek, w mózgu jego matki pojawiały się jakieś specyficzne impulsy elektryczne, zanotowane przez aparaturę.

Z kolei Niemcy, naród, wbrew obiegowym opiniom, o łagodnych obyczajach, nie torturowali w tak nieludzki sposób przydatnych bezpośrednio (sympatycznych i do tego jadalnych) istot żywych. Jedynie badali przebiegi elektryczne w roślinach –  i to doniczkowych, poddawanych różnym stresom. Dręczone rośliny reagowały na bodźce, wytwarzając dające się zarejestrować impulsy elektryczne. Ale nie tylko! W czasie, gdy w sąsiednim pomieszczeniu wymyślnie torturowano inne rośliny, nawet odmiennych gatunków, także generowały podobne, czy takie same impulsy.

Reagowały zatem na nieszczęścia zza ściany! Więcej, po jakimś czasie trwania takich eksperymentów rośliny wytwarzały bądź odbierały sygnały tego rodzaju od swych sąsiadek – nawet gdy do pokoju jedynie wchodził sadystyczny dla nich eksperymentator, człowiek który poprzednio nakłuwał, przypalał, ciął i czort wie co jeszcze wyczyniał z kwiatkami.

Nie zainteresowało mnie to zbytnio, miałem bowiem sporo (niektórych nawet fajnych) zajęć, ale sens zapamiętałem. Podobnie jak nieprawdopodobne doniesienia o tzw. „eksperymencie fila­delfijskim” z roku 1943, czy dywagacje na temat UFO.

A czy to wszystko była prawda? I jaka? W latach sześćdziesiątych XX wieku w Polsce uznawano za prawdę trochę ewidentnych łgarstw, tyle, że podbudowanych ideologicznie. Czy to się zmieniło? Bez wątpienia, ale łgarstwa pozostały, oczywiście inne i w nowszej szacie oraz wyrażane innymi technikami. Jak pisał wielki lotnik i pisarz – jest prawda lwa i prawda gazeli.

Zaś o kategoriach prawdy, co prawda nieco później, po góralsku, dobitnie i przekonywająco mówił nieodżałowanej pamięci filozof, ks. dr Józef Tischner.

 

Ja, student na poważnej Politechnice, uczeń profesorów (po części ze Lwowa), sław takich jak Trzebiatowscy, Płażek, Pigoń, Schroeder – jakoś przywiązywałem znikomą wagę do doniesień stojących w sprzeczności choćby z prawem zachowania masy czy energii; fizyki uczył mnie dr J. Rohleder – zapamiętałem Go doskonale, bo choć byłem dobry z fizyki, to akurat miałem odmienne zdanie na temat tego kto wynalazł i skonstruował triodę – najprostszą wzmacniającą lampę elektronową: Forest, czy Fleming. To ja miałem rację, ale to On był egzaminatorem! Morał – zawsze warto mieć rację, ale nie zawsze warto się z tym obnosić!

Z prądem elektrycznym zawsze byłem za pan brat, choć... Raz miałem wypadek, w harcówce, ale to zupełnie inna sprawa, „behapowska”.

Na ćwiczeniach z elektrotechniki nasz dwuosobowy zespół: Marysia Ch. i ja, jako jedyny na roku, miał prawo załączać napięcie do badanych obwodów elektrycznych bez sprawdzania i uczestnictwa asystenta. To nie byle jaki przywilej – układy elektryczne prądu stałego zasilane były z poniemieckich solidnych baterii akumulatorów ołowiowych – w akumulatorni było ich dziesiątki, dysponowaliśmy mocą może nawet setek kW! Przypadkowe zwarcia były „wystrzałami” w których wyparowywały miedziane przewody o przekroju kilku milimetrów kwadratowych, siejąc wokół płonące iskry. Nie były to żarty, jak zresztą do dziś jest z energią elektryczną. Energią, której w normalnych warunkach nie widać, lecz przez to tym bardziej groźnej. Wyróżnienie to zawdzięczamy pracowitości i sumienności Marysi i mojej dobrej znajomości, od dziecka, z elektryką. A co nam to dawało? Możliwość szybkiego wykonania ćwiczenia i pójścia do domu w czasie, gdy inni studenci byli w połowie roboty. W elektrotechnice wszystko da się opisać, pomierzyć i przewidzieć. Widząc, jako chemik, jak świat zbudowany z materii, daleki byłem od poważnych dociekań metafizycznych.

Czasem obecność energii elektrycznej, ściślej wysokiego napięcia prądu zmiennego manifestuje się wizualnie i akustycznie: Nocą, w absolutnej ciszy, daleko od siedzib ludzkich, a w pobliżu napowietrznych linii WN 110 kV widać wyładowania na izolatorach – na kształt „ogni św. Elma” i słychać niesamowity dźwięk, niepodobny do niczego... Obserwowałem to za studenckich czasów podczas postoju głęboką nocą na trasie Trzebnica – Wrocław.

 

Zatem doniesienia o rejestrowaniu bardzo słabych prądów, czy znikaniu okrętów w odpowiednim polu magnetycznym, w dobie rozkwitu elektroniki lampowej traktowałem jako współczesne bajki.

Ale...

Ostatnio, parę lat temu, w kilku gazetach rzeszowskich (z kategorii powiedzmy, „popularne”) i na ich forum w Internecie spotkałem opis nadprzyrodzonych własności miejsca, które znam od lat szkolnych, bo tam z Ojcem jeździłem na grzyby. To tereny na północ od drogi Mielec – Kolbuszowa, kompleksy leśnie przed wioską Przyłęk. Ukazują się tam ponoć zjawy, zakrwawionego żołnierza, bądź małego dziecka, widywane głównie nocą przez kierowców jadących tą drogą. Zjawy te w jakiś sposób przekazują prośby o coś, nie pamiętam szczegółów. Są tam też jakieś anomalia, odczuwane i rejestrowane przez radiestetów. Niesamowite licho!

Zacząłem kojarzyć pewne fakty, zwłaszcza dotyczące mnie, albo w których uczestniczyłem.

Jak bowiem powiadał wieszcz, „nie tylko szkiełko i oko...”. Co powoduje, że „mam szczęśliwą rękę” dla roślin? Jak coś zasieję czy posadzę, to w znakomitej większości rośnie i ma się nieźle. Dlaczego lubią mnie zwierzęta? Obserwuję to u psów, a nawet i kotów, które przecież przysłowiowo chadzają swoimi drogami? Jak działają różdżkarze? Kto nie widział, jak w rękach różdżkarza łamie się nad ciekiem wodnym ugięta ku ziemi leszczynowa różdżka, niech nie potępia a priori radiestezji. Ja to widziałem.

Niedawno miałem zabawną przygodę z obcym psem. Jesień, popołudnie, ciemno i ponuro, a przy tym mokro. Wędruję sobie ulicą Sandomierską do fryzjera, od lat zaprzyjaźnionego mistrza Krzysztofa, a z przeciwka dziewczyna prowadzi na smyczy dorodnego psa, rasy nie potrafię określić, ale zwierz to większy od wilczura. W odległości jakichś 10 metrów ode mnie to pies zaczyna prowadzić swą panią, łatwo mu idzie, bo to drobna panienka, choć osoba dorosła. Pies najwyraźniej zmierza do mnie, a pani próbuje mu w tym przeszkodzić, nie udaje jej się to, przewaga siły i masy psiska jest wyraźna. Pani woła: „Niech się pan nie boi, on nie jest groźny!”. Podchodzę i ja do psa, a nawet patrzę mu przez moment w oczy (czego nie radzi żaden weterynarz) i przez moment żałuję, że nie mam ogona. Też bym pomerdał! Oczy mu się śmieją! Mówię, że przecież on się chce przywitać z porządnym człowiekiem, skądś wie, że lubię psy, a może nawet że miałem pieska, który umarł pięć lat temu...

Pogłaskałem zwierzaka po łbie, podrapałem pod brodą, cały czas prosząc św. Franciszka, by pies nie zechciał swej przyjaźni jeszcze bardziej udokumentować, skacząc ku mnie, lub opierając swe zabłocone łapska na mej kapocie. Pochyliłem się jeszcze bardziej, coś mu powiedziałem sympatycznego, po czym pożegnaliśmy się. Uprzejma pani przepraszała za zachowanie pieska, ja zaś przeprosiłem ją za to, że się przestraszyła – i poszliśmy każde w swą stronę, ja w kierunku Rynku, dama z psiskiem ku dzikowskiemu zamkowi. Że na mój widok pieski merdają ogonem, tom się przyzwyczaił, ale ten opisany powyżej, tak na oko ważył z 80 kilo, trudno nie zapamiętać spotkania.

Ad rem!

Tylko jeden, jedyny raz w życiu zdarzyło mi się zabłądzić. W lesie; i to w dodatku w znanym miejscu. Bo właśnie tam, obok drogi do Kolbuszowej. Pojechaliśmy z Tatą na grzyby motocyklem, zostawili motor pod drzewem, grzybów jakoś nie było, więc się rozeszliśmy, by spenetrować większy obszar. Do motoru i Ojca trafiłem po przejściu ładnych kilku kilometrów, kompletnie nie wiedząc przez ¾ drogi, gdzie jestem, gdzie jest która strona świata. I bez grzybów, bo nie w głowie mi było zbieranie, wiedziałem, że błądzę. Fakt, że było pochmurno, ciepło, mgliście i mokro – jak to powinno być na grzyby! Między bajki należy włożyć opowiadanie, że mech porasta drzewa od strony północnej. Oglądałem mnóstwo drzew. Mech był z każdej strony, bądź nieregularnie pokrywał korę sosen, bo tam las był sosnowy. Błąkałem się po lesie, starając się bezskutecznie wrócić do Taty, by w końcu wyznaczyć sobie kierunek – który uznałem za południowy, ponieważ zdawało mi się, że niebo tam jest nieco jaśniejsze. Zamierzałem iść tak, by wyjść na drogę „kolbuszowską” Była ona charakterystyczna, nawierzchnię stanowiła rzadko spotykana układana kostka, chyba granitowa, o barwie brązowoczerwonej. Nie dało się jej pomylić z inną drogą. Obecnie pokryta jest asfaltem.

Szedłem więc prosto w wybranym kierunku, aż doszedłem do drogi... asfaltowej, dość wąskiej, już poza lasem. Poszedłem w prawo, konsekwentnie licząc na dotarcie do traktu z Kolbuszowej, który wreszcie osiągnąłem wśród kilku zabudowań, jak się na miejscu okazało, był to Przyłęk. Tyle, że tej wioski nie widziałem nigdy od strony północnej. A droga, na którą wyprowadziło mnie logiczne myślenie i konsekwencja, to trasa z Przyłęku do Majdanu Królewskiego, wiodąca dalej przez Ostrowy Tuszowskie, co sprawdziłem w domu na mapie. Dotarcie do drogi z czerwonego granitu i powrót ku Mielcowi, do miejsca gdzie czekał Ojciec, który też się nachodził i też był bez grzybów, nie stanowiły problemu. Tato nic nie powiedział o mojej długiej nieobecności. Grzybów też nie znalazł. Jakiś dziwny był to dzień.

 

A zawsze, dotychczas i później, doskonale orientowałem się w obcym nawet terenie, raz jako aktywny harcerz, dwa, że chyba miałem takie wrodzone umiejętności. Z przedwojenną, doskonałą mapą wojskową w skali 1:10 000 oswoiłem się podczas obozów harcerskich w całkowicie dzikich wówczas Bieszczadach, w latach 1955 i 1956. Na tereny obozów w tamtych latach przywiozłem pod koniec września 2007 r. mego starszego syna, Wojtka, by mu pokazać gdzie byłem pół wieku wcześniej.

Oba miejsca znalazłem bez trudu, choć ówczesne polany zarosły solidnymi drzewami. I to w Roztokach Górnych – na południe od starej drogi do nieistniejącej wioski Solinka, i drugie, w Dwerniku, nad potokiem o trzech nazwach, opodal obecnego szybu kopalni ropy naftowej.

(Potok ten w górnym biegu to Prowcza, w środkowym Nasiczniański, w dolnym, przed połączeniem z wodami Sanu nazywa się Dwernik)

Swoją drogą moja umiejętność poruszania się w nieznanym terenie pewnego razu wpędziła mnie w solidne tarapaty. A było to niedaleko Mielca, w Rzemieniu. Moja drużyna harcerska „12 – Lotnicza” miała rozbić dwudniowy obóz, z noclegiem pod namiotami, w lesie obok tej miejscowości. Pojechaliśmy tam w sobotnie popołudnie samochodami (oczywiście ciężarowymi), z niezbędnym wyposażeniem i aprowizacją. Kilku druhów nie zdążyło na zbiórkę, bo mieli jakieś inne zorganizowane zajęcia – mieli dojechać pociągiem na stację w Rzemieniu. Było to w czasach, gdy linią kolejową Dębica – Rozwadów (o numerze 125 w rozkładzie jazdy PKP) kursowało w każdą stronę kilkanaście pociągów w ciągu doby.

Oczywiście należało tych „spóźnialskich” doprowadzić ze stacji do obozu – nietrudno się domyślić, że drużynowy Tosiek D. zadanie to powierzył właśnie mi. W stosownym czasie bez żadnych problemów, a nawet ciesząc się że nie muszę „zasuwać” przy robotach kwatermistrzowskich, dotarłem na piechotę na przystanek kolejowy.

Przyjechał pociąg z Mielca, koledzy nie wysiedli, więc sądząc, że nie zdążyli, postanowiłem poczekać na przyjazd następnego. Pociąg, owszem, przyjechał, druhowie – nie. Trzeba było wracać do obozu. Trasa wynosiła ze 3 km, drogą najpierw przez pola, potem obok skraju lasu, a następnie należało wejść leśną drogą w głąb lasu. W międzyczasie, bo dzień był pochmurny, zrobiło się ciemno i coraz chłodniej. Marsz na otwartej przestrzeni i przy krawędzi lasu to drobnostka, zawsze trochę światła z nieba pozwalało przynajmniej rozpoznawać kontury. Ale po zagłębieniu się w las przemarsz zupełnie niewidoczną drogą był niesamowity. Pożal się Boże nad jakością tej leśnej dróżki – po ciemku łatwo można było przewrócić się, czy nogę skręcić. Nadto można było nie tylko zboczyć z drogi, czy nawet wręcz wpaść w kompletnej ciemności na drzewo czy w krzewy, to jeszcze odgłosy pogrążonego w mroku lasu – a panowała cisza, napawały mnie strachem. I naprawdę się serdecznie ucieszyłem widząc z oddali migotanie ognia – bo paliło się harcerskie, skromne ognisko (na modłę indiańską – zaczynała się wtedy fascynacja wszystkim, co amerykańskie). Dotarłem szczęśliwie do kolegów i nie musiałem już „mieć pietra”. Moja drużyna też miała w międzyczasie dylemat: co się ze mną (z nami – miałem wracać z grupą) stało? Nie wiedzieli przecież, że koledzy nie przyjechali i że czekałem na następny pociąg. Porządni chłopcy, obawiając się czy aby nie zabłądziłem, siedzieli cicho i nasłuchiwali, czy nie nadchodzimy! Gdyby śpiewali piosenki harcerskie – ogniskowe, miałbym znacznie ułatwione zadanie.

Choć mogli zrobić jeszcze gorzej – rozejść się po lesie w poszukiwaniu nieobecnych, szukalibyśmy się pewno do rana... Ano, pośmialiśmy się, zjedli coś w rodzaju kolacji i poszli spać. Spało mi się za to doskonale.

Zaś w czasie studiów kartograf, major o nazwisku bodaj Patoleta, na obozie studium wojskowego pod Poznaniem ocenił moją orientację w terenie (no i na mapie) jako fenomenalną! Bo ja, jadąc na odkrytej pace ciężarówki i patrząc na trzymaną w ręku mapę opowiadałem kolegom, co za chwilę zobaczą. Słuchając tego major w pewnej chwili zapytał mnie: „Wy jesteście z tych stron – a gdzie konkretnie mieszkacie?” Nie mógł uwierzyć, że przyjechałem z Mielca. Z tych ćwiczeń wróciłem z kolegą z roku, wrocławiakiem, Andrzejem S. do jednostki (OSSK w Poznaniu – przy ul. podówczas gen. K. Świerczewskiego) późną nocą, na piechotę, ale po „zaliczeniu” kilku przydrożnych owocowych sadów. Spóźniliśmy się z powodu tych wiśni na samochód.

Wracam do wyprawy na grzyby.

To dziwne miejsce jest przy drodze Mielec – Kolbuszowa, okolica nazywa się „Biesiadka”, była tam ponoć wioska o tej nazwie – obecnie pozostała tylko nazwa. Nie wiadomo mi co tam było przed wojną, być może poligon wojskowy oraz inne urządzenia wojskowe – np. ukryte bocznice kolejowe od toru Dębica – Mielec. To teren d. COP-u, z tamtych czasów pozostały pamiątki także w okolicach Tarnobrzegu: zbiorniki w lesie Zwierzyniec, czy budowle nieznanego przeznaczenia w lesie koło Miechocina.

W każdym razie w czasie II wojny światowej lasy na wschód od Mielca były terenem niemieckiego bardzo dużego poligonu, obejmującego lasy Puszczy Sandomierskiej od Rozwadowa i Niska po Kolbuszową i Dębicę. Pisze o tym na stronie Towarzystwa Miłośników Ziemi Mieleckiej p. Andrzej Krempa, a przytacza wiele interesujących szczegółów.

Niedaleko, jakieś 10 km na południe od miejsca nieudanego grzybobrania znajduje się wioska Blizna, miejscowość słynna z eksperymentów z hitlerowskimi odwetowymi rakietami V-1 i V-2. W tych lasach w czasie wojny działo się wiele nieznanych wydarzeń. 

 

Nie mogę do dziś pojąć, jak można było zabłądzić, czy zagubić się w dobrze znanym miejscu. Nie wszystko na tym Świecie jest materialne...

 

A teraz, po latach, w roku 2011, parę kilometrów na południowy zachód od Biesiadki, także w lesie, w domu mego szkolnego kolegi, Sewera, też harcerza z „Dwunastki” omawiam sposób organizacji obchodów jubileuszu 50 lat matury.